Miniaturowa środa #8 || Las deszczowy w morzu, czyli pielęgnacja Tarte

środa, 13 września 2017 | 4 komentarze |

Marka Tarte cieszy się w Polsce zadziwiającą popularnością biorąc pod uwagę fakt, że wciąż nie jest tak łatwo dostępna. Jej kolorówka pojawia się co raz częściej w polskiej blogosferze, dzięki potędze internetów. Pomyślałam więc, że skoro tak, to może warto napisać parę słów o produktach pielęgnacyjnych tej marki, które też co raz łatwiej dostać w sklepach internetowych z wysyłką do Polski.


Rainforest of the Sea Deep Dive Cleansing Gel
Od razu uprzedzam – to najlepszy produkt z tej trójki. Nie, żeby wyróżniał się działaniem na tle innych produktów do mycia twarzy, ale po prostu mnie w żaden sposób nie podrażnił. Może dlatego, że od razu go zmywałam. Jak reszta produktów z tej serii jest dość mocno perfumowany. Połączenie cytrusów, słonej wody i wodorostów jest trochę dziwne, ale jednocześnie przyjemne. Żel dobrze się pieni, zmywa co trzeba, współpracuje ze szczoteczką soniczną i szybko się zmywa. Nie przesusza, nie powoduje zaczerwienienia, zatkania porów, ani innej przykrej reakcji. Fajny, prosty w obsłudze żel, który z pewnością zagrzałby miejsce na półce innych tego typu kosmetyków w drogerii.

Rainforest of the Sea Drink of H2O Hydrating Boost
Krem, jak to krem, jest kremem. Żelowym, o przyjemnej konsystencji, perfumowanym zapachu i chłodzącym działaniu, ale byle jakim nawilżeniu. Nie powinno mnie to dziwić, skoro w składzie na początku są silikony, potem odrobina naturalnych nawilżaczy na spółę z perfumami i w gruncie rzeczy nic więcej. Krem fajnie się rozprowadza, daje radę pod makijażem, nie zapycha, ale nie zapewnia nawilżenia praktycznie wcale. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że skóra w okolicach nosa pod koniec dnia jest przesuszona. Dodatkowo krem po kilku minutach po nałożeniu powoduje, że skóra zaczyna nieprzyjemnie mrowić w miejscach bardzo wrażliwych albo dookoła zmian zapalnych i aż chce się drapać. Bywa też zaczerwieniona, co sugeruje mi, że produkt ten ją podrażnia. Próbowałam znaleźć przyczynę i podejrzewam, że odpowiedzialne za to są olejki – lawendowy i ze skórki pomarańczowej oraz limonen, które potrafią mieć działanie alergizujące.


Rainforest of the Sea 4-in-1 Setting Mist
Jestem wielką fanką mgiełek do twarzy, a w szczególności Primer Water marki Smashbox, która robi co trzeba – nawilża, odświeża, scala makijaż i przygotowuje skórę pod podkład, jeżeli jest pierwszym krokiem w makijażowej rutynie. Nie znalazłam jeszcze tańszego zamiennika tego cuda, ale wciąż szukam, więc z entuzjazmem podeszłam do mgiełki Tarte. Ładne opakowanko kryje w sobie wodę o bardzo intensywnym, perfumowanym zapachu, który zadziwiająco długo się utrzymuje. Jest świeży i cytrusowy, ale sztuczny, jak zapachy innych produktów z tej serii. Napisałam, że to „woda”, bo efekt jest taki sam jakbym spryskała się wodą. Może taki był zabieg producenta, bo w końcu nazwa zobowiązuje. Nie widzę nawilżenia, poprawienia wyglądu makijażu. Jest za to odświeżenie, mrowienie na skórze i dziwny perfumowany posmak na ustach, a to za mało dla produktu z wyższej półki kosmetycznej. Nie tylko na usta trzeba uważać, ale i na oczy, bo nawet niewielka ilość produktu, która osadzi się na rzęsach może spowodować łzawienie. Mogłam się tego spodziewać po alkoholu i limonenie w składzie.



Gdybym dostała te produkty w zastępczych opakowaniach bez oznaczenia nazwy i marki, jestem przekonana, że myślałabym, że są to produkty drogeryjne. Nie, żebym nie lubiła drogeryjnych kosmetyków, bo można znaleźć wśród nich perełki, o czym napiszę któregoś dnia, ale jednak w pielęgnacji Tarte nie czuć tego „luksusu”. Nie odznaczają niczym szczególnym, oprócz tego, że są mocno perfumowane, co bardzo kojarzy mi się z popularnymi markami dostępnymi w polskich Rossmannach czy Naturach. Z drogerią kojarzy mi się też fakt, że zarówno krem, jak i mgiełka podrażniają skórę ogromną zawartością substancji nadających zapach. Fail, Tarte. W moim przypadku to już kolejny, bo kolorówka tej marki też niespecjalnie do mnie przemawia. Znaczy, kusi, ale jednocześnie za każdym razem, gdy sięgam po ich produkty czuję się zawiedziona. Tak, jak i tym razem. Ciekawa idea, fajne współprace z celebrytami, urocze opakowania i wysoka cena, która nijak się ma do jakości. A tak bardzo chciałam lubić produkty Tarte.   

Mieliście styczność z marką? Macie swoich ulubieńców Tarte, czy jak ja zawiedliście się na czymś? Chcecie przeczytać parę słów o urodzinowym zestawie miniatur tej marki? Dajcie znać w komentarzach!

Miniaturowe pozdrowienia!
Kasia

4 komentarze :

  1. Na początku, kiedy o Tarte zaczynało być w Polsce głośno miałam ochotę na milion ich rzeczy - poczynając od kolorówki, na pielęgnacji kończąc. Ostatnio z ciekawości weszłam na jakąś stronę (nie wiem, czy nie była to oficjalna witryna tej marki) i poczytałam sobie składy... Czar prysł, jakoś mi się odechciało zakupów... Może i dobrze, bo mój portfel chociaż nie ucierpi :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety produkty pielęgnacyjne mają słabe składy. Co do kolorówki, to nie przyglądałam się jakoś szczególnie. Nawet nie miałam ochoty, bo ja jakoś nie dogaduję się z produktami tej marki. Daję im szansę, bo dostaję do zakupów w formie próbek i miniatur, ale zawsze coś mi w nich nie pasuje. Bardzo żałuję zakupu palet tej firmy, portfel też ;)

      Usuń
  2. Nie znam kompletnie marki, ale te opakowania są tak piękne, a Twoje zdjęcia cudowne!

    OdpowiedzUsuń