Z amerykańskiej perspektywy || Starbucks

piątek, 30 września 2016 | Brak komentarzy |

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego w Starbucks jest ten irytujący wielu Polaków zwyczaj pytania o imię? Odpowiedź jak zwykle tkwi w amerykańskiej kulturze opartej na życzliwości, serdeczności i ... kawie. Albo innych napojach kawopodobnych, który kubki dzielnie dzierżą Amerykanie podążając w sobie tylko znanych kierunkach.

Pytanie o imię to standard, bo tutaj do nikogo nie zwraca się formą grzecznościową. Chyba, że do policjanta, który właśnie wypisuje Ci mandat za przekroczenie prędkości. To po pierwsze, a po drugie? Sądząc po kolejkach, które ustawiają się codziennie o każdej porze dnia, bez takiej podpowiedzi w postaci imienia trudno byłoby stwierdzić, która Pumpkin Spice Latte na migdałowym mleku w rozmiarze grande to akurat Twoja. To ułatwienie dla baristów i konsumentów, chociaż pomyłki i tak się zdarzają. 

Kiedy chodziłam na kawę w Polsce był to rodzaj wydarzenia, który celebrowałam z przyjaciółmi bądź rodziną w klimatycznej kawiarence z subtelną muzyką i pysznym napojem w uroczym kubku. W Ameryce nie chodzi się na kawę, a po kawę. Idąc ulicą wielkiego miasta jestem przekonana, że w promieniu kilometra znajdziecie co najmniej kilka kawiarni, w tym uwielbianego (albo znienawidzonego) przez wszystkich Starbucks. Wprawdzie popularność tego przybytku równa się tutaj Dunkin Donuts, który twierdzi, że Ameryka działa na pączkach, ale to właśnie Starbucks owiany jest jakimś dziwnym hipsterskim mitem. Trudno mi stwierdzić ile ten mit ma wspólnego z prawdą, ale nie da się zaprzeczyć, że zielone logo na kubkach cieszy się powodzeniem. Może to ta ilość kawiarni, może dolewki za parę centów (o których czytałam, bo sama nie próbowałam), może smak, a może benefity na karcie kredytowej za kupowanie tej konkretnej kawy. 

Swoją drogą taki napój kosztuje tu niewiele, bo zaledwie parę dolców, w zależności od personalizacji, która tutaj jest dość popularna. Oczywiście, kawa zaparzona w domowym zaciszu z ziarenek z torebki (10 dolców za 0,5 kilo) jest znacznie tańsza, ale po co utrudniać sobie życie? W końcu Amerykanie osiągnęli mistrzostwo w ułatwianiu i wygodzie, o czym napiszę Wam w osobnym tekście. 

Jak wygląda kultura picia kawy w USA? Nijak. Największa kawiarnia w Cambridge znajduje się przy samym kampusie uniwersytetu Harvarda. I chociaż pachnie kawą, to tłok tam jak na dworcu w czasie odjazdu pociągu. Kolejka do kasy ciągnie się przez całą długość pomieszczenia, przy odbiorze tłoczy się następna setka ludzi, a stoliki na piętrze wyżej oblegane są przez rzesze studentów i laptopów. Można by pomyśleć, że taka specyfika uniwersyteckiej kawiarni, ale to nie prawda. Tak wygląda każdy Starbucks, niezależnie od tego czy jest w centrum wielkiego miasta, na stacji metra, czy w małej mieścinie przy drodze do nikąd. Dlaczego? Bo Starbucks ma Wifi i dobrą kawę w tle, a selfie dobrze wygląda ;)

źródło: flickr.com
Z amerykańskim God bless You!
Kasia

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz