Miniaturowa środa #2 || Benefit

środa, 22 marca 2017 | 4 komentarze |

Urocze opakowania, które skrywają kosmetyki marki Benefit znają chyba wszyscy. Odkąd zaczęłam swoją przygodę z urodowym światem pragnęłam posiadać produkty tej firmy i wielokrotnie byłam bliska zakupu. Szczególnie zestawu The Bronze of Champions, który wpadł mi w oko jak żaden inny. Dobrze się jednak stało, że set wycofano, a ja wpadłam na kilka miniatur, które zrewidowały moje zauroczenie marką.  


Hoola Zero Tanlines oraz Dew The Hoola
Dwie zeszłoroczne nowości z rodziny kultowej Hool’i. Odpowiedź na potrzeby bladej skóry pragnącej słońca. Podobno pomocnicy sezonu bikini. W teorii brzmi bajecznie. W praktyce już tak kolorowo, a raczej brązowo, nie jest. Moim największym zarzutem w stosunku do tych produktów jest zdecydowanie kolor. Oba mają dziwny pomarańczowy odcień brązu, który po prostu nie może wyglądać dobrze na skórze. Żeby jednak nie było, próbowałam, dałam szansę i znienawidziłam podwójnie. Dew The Hoola to pomyłka w każdym względzie. Słaba pigmentacja w kremowo-żelowej konsystencji, która nie jest w stanie ani rozprowadzić się równomiernie ani pozostawić jakiegokolwiek efektu. Nie sprawdza się w konturowaniu na mokro ani brązowieniu skóry. Nie współpracuje z żadnym pędzlem czy gąbką, a nawet palcami. Po prostu nie. Podobno można mieszać z podkładem, ale tego nie próbowałam, gdyż jestem blada jak córka młynarza i wszystkie podkłady są dla mnie za ciemne. Hoola Zero Tanlines pod względem właściwości ma się odrobinę lepiej, bo konsystencja jest przyjemna. Za to efekt tak „naturalny”, że aż żaden. Zapachu plaży zapewnianego przez producenta również nie czuję. No nie, po prostu nie.


They’re Real Mascara
Ta maskara jest tak kultowa i lubiana, że aż mi głupio pisać o niej źle. Ale muszę i to nie ze względu na właściwości samego produktu, które są przeciętne, a na szczotkę. Silikonowe igiełki, które mają rozczesywać i idealnie pokrywać rzęsy wydłużając je i pogrubiając są moją zmorą. Niezliczoną ilość razy kuły mnie w gałkę oczną powodując podrażnienie. Dla efektu, który mogę otrzymać pierwszym lepszym drogeryjnym tuszem, nie warto męczyć oczu.

They’re Real Double The Lip
Mam problem, bo nie wiem co myśleć o pomadce 2 w 1. Z jednej strony pomysł ciekawy i ładne kolory, z drugiej na siłę rozwiązywanie problemów, których nie ma i niewielka ilość produktu w opakowaniu. Do tego wysusza. Za to zdecydowanie mogę powiedzieć, że ładnie podkreśla usta i długo się na nich trzyma dzięki matowemu wykończeniu. Lubię i nie lubię jednocześnie, ale szczerze wątpię, czy odkupię to opakowanie.

Ka Brow!
Ten produkt traktuje jako żart. Bardzo głupi, ale jednak żart. Dlaczego? Śpieszę z wyjaśnieniami i zapewniam, że próbowałam dać mu szansę. Nie lubię koloru numer 03, który jest zbyt ciepły dla mojej karnacji. Nie lubię też dołączonego pędzelka, którym nie da się zrobić cienkiej linii. Przede wszystkim jednak nienawidzę wręcz formuły, która jest tępa, sucha i niemożliwa do równomiernego rozprowadzenia bez grud pomiędzy włoskami. Może trafiłam na wadliwy egzemplarz, przynajmniej sądząc po pozytywnych opiniach w internecie, ale nie chcę tego sprawdzać.


Lolli Balm oraz Dandelion Shy Beam
Nie do końca rozumiem, co te produkty mają robić. Matowy rozświetlacz i balsam do ust utrwalający kolor różu? Coś mi tu nie gra, chociaż to najmocniejsze produkty pod względem pomysłowości i zastosowania, z gromadki miniatur, które posiadam. Lolli Balm ma przepiękny zimny odcień różu, który na ustach spisuje się średnio. Niby jest błysk, jest delikatny kolor, ale różany zapach i tłusty film przeszkadzają. Za to ładnie wygląda na policzki nałożony prosto na podkład jako kolorowa baza pod róż. Z resztą tak samo traktuję Dandelion Shy Beam, który ładnie rozjaśnia fragmenty twarzy, które mają być pokryte rozświetlaczem. Solo raczej nie widzę zastosowania.



Przeczytałam kiedyś w internecie, że marka Benefit wzięła sobie za punkt honoru by rozwiązywać problemy, które sami sobie wymyślają. Podpisuję się pod tym rękami i nogami. Cenię innowacyjność, ale w połączeniu z jakością i rozwagą. Zabrakło dwóch ostatnich w przypadku większości produktów, które miałam okazję próbować i mój wielki entuzjazm do marki znacznie zmalał. Nie lubię przeciętnych i zbędnych kosmetyków za duże pieniądze. Kusi mnie wciąż bronzer Hoola, a w kosmetyczce mam cudowny puder rozświetlający Dandelion Twinkle, ale urocze opakowanka przestają na mnie działać.

A jaka jest Wasza opinia na temat produktów Benefit? Mieliście z nimi styczność? Zdarzyło Wam się zniechęcić do jakiejś marki pod wpływem stosowania miniatur?

Miniaturowe pozdrowienia!
Kasia

4 komentarze :

  1. Ja mam wrażenie,że miniatury są o wiele lepsze od pełnowymiarowego opakowania.Nie mówię tu akurat o Benefit a o clinique,maskara miniatura była super a pełnowymiarowe opakowanie hmm

    OdpowiedzUsuń
  2. Benefit ma kilka mocnych pozycji - np. Hoola i kilka kosztownych bubelków. Dlatego najlepiej obmacaś wszystko w Sephora przez zakupem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się Monia, Hoola to najlepszy produkt marki, ale tusze czy bazy to dla mnie przereklamowane buble :(

      Usuń
    2. Do tej Hooli to ja pewnie się kiedyś zabiorę. Tym bardziej, że aktualnie amerykańska Sephora ma w ofercie zestaw dwóch bronzerów - Hoola i Hoola Lite i trzech róży. Bardzo mnie kusi ten zestaw ;)

      Usuń