Powrót do przeszłości - 5 produktów, które odkryłam na nowo

wtorek, 13 czerwca 2017 | 6 komentarzy |

Podejrzewam, że każda kobieta poszukuje nowości kosmetycznych i próbuje nowych rzeczy. Tak jak zmienia się zawartość szafy i styl, tak i kosmetyczka co jakiś czas przechodzi rewolucję. W końcu „kobieta zmienną jest”. Czasami jednak testowanie nowości nie wystarcza, albo najzwyczajniej w świecie nudzi i pojawia się myśl, by cofnąć się w czasie i wrócić do starych ulubieńców.


Dobry podkład to podstawa

Od kilku miesięcy moja skóra pozostawia wiele do życzenia, bo na zmianę pojawia się na niej trądzik, rumień i przesuszenie. Mieszanka wybuchowa, do której zakrycia potrzebuję naprawdę trwałego i kryjącego podkładu. Nie zastanawiając się długo, w drogerii sięgnęłam po udoskonaloną (o wymarzoną pompkę!) wersję Revlon Colorstay do cery mieszanej i tłustej popadając (po kilku latach!) w ponowne zauroczenie tym, jak pięknie ten podkład wygląda na twarzy. Colorstay był jednym z moich pierwszych drogeryjnych podkładów, przed którego zakupem zrobiłam porządny „background research”, bo potrzebowałam czegoś jasnego, trwałego i kryjącego. Nakładany gąbką BeautyBlender wygładza, ujednolica i matowi skórę ładnie się z nią stapiając, a do tego trwał nienaruszony przez kilka dobrych godzin. Jest też świetną alternatywą dla wysokopółkowego DoubleWear Estée Lauder.

Podkład matujący Annabelle Minerals odkryłam na nowo, gdy zakrywanie niedoskonałości na mojej skórze przestało mi wystarczać. Postanowiłam, że postaram się leczyć problemy skórne również w trakcie noszenia makijażu, a najlepiej do tego celu nadają się minerały. Sięgnęłam po resztki podkładu mineralnego, które miałam od roku ukryte na dnie kosmetyczki i zanim się obejrzałam zamawiałam już kolejne opakowanie. Może nie jest tak trwały jak Colorstay, ale do codziennego makijażu sprawdza się rewelacyjnie. Skóra ma jednolity koloryt, naturalny blask i co najważniejsze – znacznie szybciej się regeneruje.



Tanie i dobre

W trakcie studiów często zaglądałam do drogerii Natura, gdzie do tej pory stoją szafy Catrice i Essence. Wtedy też znalazłam prawdziwe perełki wśród oferty tych niemieckich marek. Nie wiem dokładnie ile opakowań tuszu Essence I Love Extreme zużyłam, ale spodziewałabym się liczby co najmniej dwucyfrowej. Ten tani, niepozorny produkt jest po prostu naprawdę dobry i dlatego znudzona droższymi tuszami wróciłam do tego pewniaka za kilka złotówek. Chciałam się upewnić, że naprawdę jest tak dobry jak pamiętam. Może czasami osypie się odrobinę pod koniec dnia, ale ładnie podkreśla spojrzenie pogrubiają, wydłużając i mocno przyczerniając rzęsy.  

Kredka Brow Stylist Catrice w odcieniu 020 Date With Ash-ton to taki produkt, po który sięgałam w każdym dziennym makijażu. Przez wiele lat towarzyszyła mi dzień w dzień, czasami na zmianę z Color Tattoo Permanent Taupe. Chyba z przyzwyczajenia robiąc zakupy sięgnęłam po tę kredkę i przypomniałam sobie jak łatwe jest podkreślenie brwi za jej pomocą. Jest wystarczająco miękka by łatwo nakładała pigment na skórę i na tyle twarda by nie zostawała na włoskach, chociaż i tak wymaga lekkiego wyczesania. Wygląda bardzo naturalnie, dzięki swojemu neutralnemu odcieniowi i ma przyzwoitą trwałość.



Hipnotyzujące spojrzenie

Zanim na moją toaletkę trafiły palety Urban Decay, Too Faced czy Kat Von D, przez wiele lat królował na niej Sleek. W najlepszym (najgorszym?) okresie miałam kilkanaście czarnych kasetek tej brytyjskiej marki, których naprzemiennie używałam każdego dnia i nie wyobrażałam sobie by mogły być cienie o lepszej pigmentacji, łatwości w blendowaniu czy trwałości. Z wielkim żalem po kilku latach rozstałam się z większością z nich i raczej nie spodziewałam się, że wrócę do cieni tej marki. Sentyment jednak pozostał ogromny i od czasu do czasu zerkałam na nowości. Po kilku szalonych kompozycjach pojawiło się zestawienie kolorystyczne stworzone dla mnie – Goodnight Sweetheart. Cudne brudne róże, neutralne, szarawe brązy i delikatne duochromy, które pięknie komponują się z zieloną tęczówką. Kremowe, intensywne i trwałe nie straciły nic ze swojej jakości. Może się dalej zbyt osypują, ale to wciąż genialne cienie, którymi maluję się ostatnio codziennie.

Zobacz też: Sleek Garden Of Eden



Wracacie czasami do produktów, które kiedyś były Waszymi ulubieńcami? Czy nigdy się z nimi nie rozstajecie? Co ostatnio odkryliście na nowo?  

Pozdrawiam!
Kasia

6 komentarzy :

  1. Z Revlonem się nie rozstaję, bo najlepiej spisuje się u mnie przy większych wyjściach. Niestety na co dzień jest zbyt ciężki i używany tak często zapycha i powoduje powstawanie wyprysków :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie zauważyłam, by Colorstay mnie zapychał, nawet przy codziennym używaniu, a mam skórę podatną na takie problemy. Może potrzebujesz dodatkowego kroku w demakijażu, by dokładnie oczyścić skórę z podkładu. Czego używasz do zmywania makijażu?

      Usuń
  2. Pamiętam ten szał na paletki Sleeka, bo sama też miałam ich kilka. Obecnie mam tylko trzy, ale w dalszym ciągu bardzo je lubię. Natomiast od dawna przymierzam się do wypróbowania podkładów AM, tylko ta mnogość odcieni mnie onieśmiela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka lat temu większość blogerek szalała na punkcie Sleek'a ;)
      W przypadku Annabelle Minerals możesz zdecydować się na zakup zestawu próbek. Pamiętam, że czytałam u Ciebie, że masz jasną, chłodną karnację, więc myślę że odcienie Nautral Fair(est) albo Beige Fair(est) by się u Ciebie sprawdziły.

      Usuń
  3. Podkład Revlon to mój ulubieniec od lat :)

    OdpowiedzUsuń