Garden Of Eden + coś dobrego dla Was

sobota, 25 stycznia 2014 | 70 komentarzy |
Wieści z frontu: walczę z pracą inżynierską. Został tydzień do oddania i zapowiada się bardzo intensywnie – analizy, ostatnie szlify, oprawianie, egzaminy, obiegówki i dopilnowanie wpisania ocen z zeszłego roku. Będzie czad, tak jak i był w tym tygodniu. Więc macham do Wam łapką i zaraz wracam do pracy.  

W międzyczasie firma Sleek znowu zachwyciła i wydała następna rewelacyjną paletkę. Po kilku dla mnie nieudanych – Lagoon, Showstoppers, Snapshot czy I-Candy, pojawiło się objawienie w postaci zachwycającej Vintage Romance. W dniu premiery pojawiła się zapowiedź następnej piękności, która z miejsca podbiła moje serce. Nadszedł czas na przepiękne zielenie i Garden of Eden. Podziwiajcie!





od lewej: Gates Of Eden, Eve's Kiss, Entwined, Adam's Apple
od lewej: Paradise On Earth, Python, Forbidden, Flora
od lewej: Fig, Evergreen, Fauna, Tree Of Life

Piękna, prawda? A jak napigmentowana! Jeżeli Wam się spodobała to zapraszam niżej. Mam coś dla Was! ;)

*******

ROZDANIE ZAKOŃCZONE

Do wygrania jest drugi egzemplarz palety, którą widzicie na zdjęciach. Oczywiście ta ze zdjęć należy do mnie, Wasza nagroda jest nowa, nigdy nie otwierana i schowana w bezpiecznym miejscu.

Koniecznym warunkiem uczestnictwa w konkursie jest publiczne obserwowanie bloga life-in-dots.blogspot.com i/lub polubienie fanpage bloga oraz odpowiedź na pytanie konkursowe i podanie swojego maila.

Regulamin:
  1. Organizatorem i jednocześnie sponsorem konkursu jest autorka bloga life-in-dots.blogspot.com
  2. Rozdanie trwa od 25.01.2014 do 15.02.2014 włącznie.
  3. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie odpowiedzi na pytanie konkursowe.
  4. Na adres laureata czekam 7 dni od daty zakończenia rozdania.
  5. Warunkiem koniecznym do wzięcia udziału w rozdaniu jest publiczne obserwowanie bloga life-in-dots.blogspot.com i/lub polubienie fanpage bloga, odpowiedź na pytanie konkursowe oraz podanie swojego maila w komentarzu.
  6. Zgłoszenia proszę pozostawiać w komentarzacgh pod tym postem.
  7. Zgłaszając chęć udziału w rozdaniu przyjmujesz warunki Regulaminu i wyrażasz  zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o Ochronie Danych Osobowych (Dz.U.Nr.133 pozycja 883).
  8. Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

Dla ułatwienia, proponuję następujący schemat komentowania (pod tym i tylko tym postem):

Obserwuję jako:
Lubię na fb jako:
E-mail:
Z czym kojarzy Ci się nazwa palety – Garden Of Eden?


To jak? Będę miała z czego wybierać?

Czy warto rozbijać świnkę skarbonkę dla Bath&Body Works? cz. II

piątek, 17 stycznia 2014 | 14 komentarzy |
Wczoraj przedstawiałam Wam swoje zdanie na temat świec, mydeł w piance i żeli antybakteryjnych z Bath&Body Works. Dzisiaj zapraszam na drugą część cyklu, czyli balsamy, żel i mgiełki zapachowe.


Moje zdanie o balsamach do ciała mogliście poznać tutaj. Nie było zbyt pochlebne i dalej nie jest. Wprawdzie zauważyłam, że intensywność i długość trwania zapachu na mojej skórze zależy od serii zapachowej, ale wciąż nie jest to zapach tak intensywny jak opisują to niektóre blogerki. Be Enchanted bardziej było czuć na pidżamie niż na mnie, Pink Chiffon pachniał przez jakieś 20 minut, a Sweet Pea, aż godzinkę (w połączeniu z żelem). Dla porównania mama mojego narzeczonego twierdzi, ze zapach balsamu Japanese Cherry Blossom utrzymuje się na jej skórze cały dzień i jest bardzo zadowolona z tego produktu. Może ja też wypróbuję, bo ta seria zapachowa jest moją ulubioną ze wszystkich proponowanych przez firmę. Wracając do właściwości balsamów – pielęgnacja. Żadna. Nogi posmarowane balsamem na noc są rano tak samo suche jak przed nałożeniem tego „nawilżacza”. Wydajność też nie należy do wybitnych. Ta perfumowana przyjemność za jedyne 49 zł w cenie regularnej.


Następny punkt programu to żele pod prysznic. Ja mam wersję Sweet Pea, którą dostałam jako część zestawu na Mikołajki. Żel jak żel. Myje, pachnie, zapach się rozmywa po zmyciu. Wydajność zadowalająca, ponieważ żel jest gęsty i bardzo dobrze się pieni. Wszystko teoretycznie w porządku, gdyby nie fakt, że trzeba za niego zapłacić aż 39 zł. Nie lepiej zainwestować w żele Luksji? Większa pojemność, intensywniejszy zapach i niższa cena.


Na koniec zostawiłam mgiełki zapachowe. Pure Paradise kupiłam na przełomie lipca i sierpnia, jako alternatywę dla ciężkich perfum w gorące wakacyjne dni, Sweet Pea dostałam w Mikołajki. Pierwszy z nich nawet doczekał się swojego miejsca w ulubieńcach miesiąca sierpnia. Zapach jest świeży, trochę egzotyczny, idealny na lato. Sweet Pea jest cięższy, bardziej słodki, ale bardzo kobiecy. Mgiełki pięknie pachną, ale niestety nie utrzymują się długo na skórze, to powoduje, że tracą na wydajności, bo co jakieś 1,5-2 godziny trzeba odnawiać zapach. W przypadku Sweet Pea rozwiązałam problem używając go wieczorem po siłowni, gdy nie oczekuję kilkugodzinnej trwałości. Pure Paradise rezerwuje na wakacje na basen. Cena regularna małej mgiełki wynosiła przed podwyżką 19 zł, a dużej – 59 zł.

Pozostaje jeszcze jeden punkt. Firma BBW stwierdziła, że odświeży design produktów, a skoro nowy design to i nowa wyższa cena. BBW why? Te ceny i tak były kosmiczne, a teraz są wręcz śmieszne. Mój portfel aż kwiczał, a karta płatnicza wyginała się w obronie przed płatnością, a teraz chyba ucieknie z krzykiem. Pięć dych za pachnący balsam? 40 zł za żel pod prysznic? Nawet promocje nie ratują sytuacji, to i tak jest prawie 3-krotnie więcej niż za granicą. Czyżby Polkom aż tak się powodziło?

Mając okazję wypróbować kilka grup produktowych Bath&Body Works mogę stwierdzić jedno – te produkty to fajne, perfumowane gadżety za duże pieniądze. Proporcja jakość-cena jest w tym przypadku najbardziej nie opłacalną dla konsumenta, z jaką miałam okazję do tej pory się spotkać. Tyle. Jeżeli miałabym być absolutnie szczera i polecić Wam coś z tej firmy z kryształowo czystym sumieniem byłby to żele antybakteryjne (oczywiście w promocji) i duże 3-knotowe świece (z wyprzedaży). Więc: Czy warto rozbijać świnkę skarbonkę dla sławnego Bath&Body Works? Moja odpowiedź brzmi: NIE.

A jaka jest Wasza odpowiedź?

Pozdrawiam pachnąco,
Kasia

Czy warto rozbijać świnkę skarbonkę dla Bath&Body Works? cz. I

czwartek, 16 stycznia 2014 | 43 komentarze |
Wrzucam na tapetę Bath&Body Works. Mimo mojej początkowej niechęci do tej firmy zorientowałam się, że z prezentów i jakiś zakupów z ciekawości uzbierała mi się gromadka kosmetyków tej właśnie firmy – idealne do oceny w okresie wyprzedażowym. Może pomogę Wam w decyzji, czy warto rozbijać świnkę skarbonkę dla sławnego Bath&Body Works?


Jak widzicie produktów mam kilkanaście z kilku grup: balsamy, żel, mgiełki, mydełko, żel antybakteryjny i sławne świeczki. Zacznijmy od świeczek.


Na zdjęciu widać dużą świecę z trzema knotami z kolekcji świątecznej o świeżym, męskim zapachu – Sparkling Icicles, którą znalazłam pod choinką w tym roku oraz średnią świeczkę z kolekcji signature – Japanese Cherry Blossom. W zbiorach mam też małe świeczki w trzech zapachach: Blackberry Spice, Sweet Cinnamon Pumpkin i Leaves. Regularne ceny tych produktów to kolejno: 89 zł, 49 zł i 15 zł. Kupując je samodzielnie korzystałam oczywiście z promocji 3 za 2 i wyprzedaży sezonowych. Było warto? Małe świeczki to strata kasy, bo zapach jest intensywny tylko w przypadku Blackberry Spice. Średnia świeczka to zawód na całej linii. Podczas, gdy piszę tę recenzję świeczka ze zdjęcia czeka w sklepie na reklamację, bo nierównomiernie się spalała pozostawiając znaczne ilości nieruszonego wosku na brzegach i paląc się tak wątłym płomieniem, że nie czuć było zapachu. Tylko Sparkling Icicles trzyma fason! Pachnie intensywnie i spala się równomiernie wypełniając dom zapachem. Na zdjęciu zauważyć jednak możecie czarne kropki ze „strzelających” knotów. Podobno stare wersje świec czasami tak miały, ale mi to nie przeszkadza. Firma stwierdziła jednak, że warto ulepszyć świeczki i wprowadziła nowe knoty. I niestety, spotkałam się z opiniami, że świece zaczynają zachowywać się jak moja średnia Japanese Cherry Blossom – spalają się nierównomiernie, małym płomieniem i nie pachną. Mam teraz dylemat, polubiłam świece BBW, ale nie wiem czy chcę ryzykować tyle kasy na zakup wadliwej świecy za ponad 5 dych, skoro na rynku jest tak łatwo dostępne Yankee Candle.


Następne w kolejce jest kultowe już mydło w piance, w pięknym jesiennym zapachu Aspen Autumn Day. Dla mnie zapach idealny – świeży, ale ciepły i z nutką ostrości. Przywodzi mi na myśl park po deszczu. Mydełko ma fajną konsystencję i naprawdę bardzo dobrze myje (świetnie zmywa nawet mocno wodoodporne podkłady). Do tego dochodzi piękny intensywny zapach, który niestety nie utrzymuje się zbyt długo. To mogę wybaczyć, ale jest rzecz, której nie mogę – wysuszanie. Mydełko skrajnie wysusza moje dłonie. Do tego stopnia, że nie pomagają nawet sprawdzone kremy. Dłonie szczypią, pieką i łuszczą się. A ta przyjemność za 29 zł w regularnej cenie. Smuteczek, bo mydło Palmolive kosztuje mniej niż połowę tego, a nie wysusza i długo pachnie.


Pozostając w tej samej nucie zapachowej przejdę do żelu antybakteryjnego. I tu jest zachwyt na całej linii. Przepiękny, intensywny zapach idzie w parze ze świetnym zdezynfekowaniem dłoni bez pozostawiania dziwnego filmu i wysuszania (co czyniły żele z Rossmanna). Na wydajność tez nie ma co narzekać - jest naprawdę zadowalająca. W cenie regularnej kosztuje niecałe 8 zł. Dużo, ale opłaca się.

I na dzisiaj koniec tego dobrego, bo nie chciałabym Was zanudzać zbyt dużą ilością tekstu. Zapraszam Was jutro na drugą część recenzji i odpowiedź na pytanie: „Czy warto rozbijać świnkę skarbonkę dla sławnego Bath&Body Works?”.

A jakie Wy macie zdanie o opisywanych produktach? Mieliście do czynienia z którymś z nich? Jesteście zadowoleni czy zawiedzeni?

Pozdrawiam,
Kasia

Podsumowanie roku 2013

niedziela, 12 stycznia 2014 | 22 komentarze |
Wydarzenie roku

to moje spojrzenie kota ze Shreka jest okropne, ale nie mam lepszego zdjęcia.
2013 był rokiem szczególnym za sprawą wielu wydarzeń w moim życiu. Najważniejszym jednak pozostaną moje wielkie greckie zaręczyny.

Kosmetyk kolorowy roku


Nie kosmetyk, a grupa kosmetyków – róże. Moje odkrycie 2013 roku. Wiem, że może się to wydać dziwne, ale nigdy nie doceniałam różu, a okazuje się, że to najlepszy sposób na minimalistyczne, świeże makijaże zarówno w lecie jak i zimie.

Kosmetyk pielęgnacyjny roku


Anthelios XL to nie jest nowość w mojej kosmetyczce, ale wersja sucha podbiła moje serce. Nie bieli, szybko się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustego filmu, tak jak klasyczny Anthelios.

Zapach roku


Bulberry Brit to bardzo kobiecy zapach. Słodki, a jednocześnie świeży i bardzo ciepły, towarzyszył mi przez większość roku.

Trik roku
Napar z rumianku i szałwi + gaza kosmetyczna = świetna kojąco-regenerująca maseczka.

Zakup roku


Wbrew pozorom nie jest to zakup kosmetyczny, chociaż z urodą ma trochę wspólnego. Karnet na siłownię był bezsprzecznie najlepszym zakupem minionego roku. Ja leniwiec i domator odkryłam, że lubię się od czasu do czasu spocić. Nawet zaczęłam biegać i naprawdę to lubię.

Książka roku

źródło: lubimyczytac.pl
Kleo i ja. Piękna i wzruszająca opowieść o rodzinie Helen Brown. Z kotką – opiekunką domowego ogniska w roli głównej.

Film roku

źródło: filmweb.pl
Nie jeden, a dwa. Pierwsza i druga część ekranizacji trylogii Igrzyska Śmierci. Perfekcyjne, polecam każdemu. Jennifer Lawrence i Josh Hutcherson uwodzą, ale uwaga filmy bardzo wciągają ;)

Piosenka roku


Gadżet roku


Mógłby to być smartfon, mógłby to być kominek do wosków, ściereczka muślinowa. Cokolwiek. Niestety z piedestału nie chce spać Kindle i wciąż na nowo udowadnia mi, że nie mogę bez niego żyć. 

Lovely November & December, czyli podwójne podsumowanie końca roku

1.      Najlepiej wspominane
Święta. Prawdziwie spokojne i rodzinne, jak nigdy. I moje pierwsze święta jako narzeczonej ;)

2.      Kosmetyczne zauroczenie


Dwa miesiące, a niewiele mnie zauroczyło. Pamiętacie pewnie zamówienie z Avonu, o którym pisałam Wam tutaj, a także zachwyty nad uniwersalnym balsamem brzoskwinia i bawełna. Ten okład dla skóry wielokrotnie ratował moje usta i nie byłabym wobec niego fair, gdybym nie umieściła go w ulubieńcach. Niedługo później poczyniłam następne zamówienie, w którym przybyły mi perfumy Pur Blanca. Takie bardzo świeże wspomnienie z okresu nastoletniego, kiedy mama nie chciała mi ich kupować, bo według niej śmierdziały. Mi nie śmierdzą, są piękne, uniwersalne, tanie i podobają się mojemu narzeczonemu. W trakcie promocji na ezebra.pl nabyłam dwa odcienie cieni w kremie Color Tattoo – Permenent Taupe i Eternal Gold. Pierwszy służy mi do podkreślania brwi, drugi do wewnętrznego kącika i sprawują się rewelacyjnie. Na promocji -40% na kolorówkę w Hebe udało mi się dopaść ostatnią cielistą kredkę Max Factor i jestem przeszczęśliwa. Kolor jest przepiękny, dobrze napigmentowany i dość trwały. Za kremami w cienie ukrywa się jeden z ostatnich zakupów grudnia, który wpadł mi do koszyka z myślą o świętach. Lakier Catrice z limitowanej kolekcji Pióra i Perły w przepięknym odcieniu Krzyczącej czerwieni (Roaring Red! Oh my!). Piękny, piękny i jeszcze raz piękny. Za każdym razem, gdy mam go na paznokciach wszyscy pytają co to za lakier, bo tak zwraca na siebie uwagę. Chcecie swatche? :>

3.      Kosmetyczne rozczarowanie


Po sukcesie wersji czereśniowej suchego szamponu Batiste, spodziewałam się, że ta do ciemnych włosów będzie równie udana. Niestety. Wprawdzie szampon nie bieli włosów, za to bardzo je kołtuni i sprawia, że stają się sztywne i nieprzyjemne w dotyku. A na dodatek przywiera do włosów tak, że jedynym sposobem na pozbycie się go jest podwójne mycie i nawilżanie olejami.

4.      Kosmetyczne nabycie


 Skoro jest to podsumowanie dwóch miesięcy (niedobra ja, niedobra, ale musicie mi wybaczyć, jako że mam zamiar zostać inżynierką-hydrolożką) to nazbierało się kilka zakupowych nowości. Nie uwzględniłam prezentów świątecznych, bo w tym roku pod choinką znajdowałam prezenty ciuchowo-akcesoriowe.
Oprócz zamówienia z Avonu, przywędrował do mnie zestaw Pur Blanca (perfumy, dezodorant w kulce, antyperspirant i roletka) z tej samej firmy. W drogeriach pokusiłam się o szampon Batiste do włosów ciemnych, szampon Head&Shoulders i sól morską w spray’u Toni&Guy. Kupując mały balsamik dla mamy do szpitala zaszłam do The Body Shop i skusiłam się na trzy miniaturki masełek z zimowej kolekcji w promocji 3 za 2 (a mówiłam, że TBS mnie nie kręci, co nie?). Jako umilacz kąpieli pokusiłam się o kremową babeczkę do kąpieli czekolada z malinami Bomb Cosmetics oraz dwa żele do kąpieli z Yves Rocher (grejpfrutowy nie załapał się na zdjęcia, bo dość szybko go zużyłam). Skończył mi się krem do buzi i zaczęłam poszukiwania następcy, poszłam po coś z Biodermy, a wyszłam z SVR Active Creme z kwasami (u mnie sprawdza się lepiej niż Effeclair Duo na noc). Teraz poszukuję jakiegoś delikatnego kremu normalizującego, co polecacie?
Z kolorówki też coś zgarnęłam do koszyka: na promocji w Hebe – cielistą kredkę Max Factor i podkład Whipped Cream, w SuperPharmie – tusz Maybelline i bazę pod cienie Dax Cosmetics, a na ezebra.pl – cienie Maybelline Color Tattoo w odcieniach Permanent Taupe i Eternal Gold. Paznokcie zaszczyciłam aż jednym lakierem kolorowym – Roaring Red z Catrice i topem – Poshe (nie chcę zapeszać, bo GTG i SV się zachwyciłam, a nic z tych miłości nie wyszło, ale póki co Poshe sprawuje się naprawdę ok).

5.      Muzyczne uzależnienie


6.      Książkowe zaczytanie

źródło: lubimyczytac.pl
O Tabu autorstwa Casey Hill przeczytałam na jakimś blogu kosmetycznym (za Chiny nie mogę sobie przypomnieć którym). Blogerka opisywała książkę jako wciągającą, niebanalną i niesamowicie ciekawą. I tak było. Tabu wciągnęło mnie do tego stopnia, że przeczytałam książkę w jeden dzień. Nie męczący język autorki i wartka akcja naprawdę wciągają. I chociaż czasami miałam wrażenie, że wszystko dzieje się za szybko, to pochłonęłam książkę jednym tchem i chciałam więcej. A może to tylko dlatego, że ja naprawdę uwielbiam kryminały?

źródło: goodreads.com
Mroczna Bohaterka. Kolacja z wampirem zagościła jakiś czas temu na blogach makijażowych w postaci konkursu na Halloween. Opcja wampirzego romansu, ale w wersji dla dorosłych zainteresowała mnie do tego stopnia, że sięgnęłam po oryginał. I tu był pierwszy smaczek tej książki – oryginał napisany był pięknym brytyjskim językiem, bez śladu błędów (z którymi spotykałam się w amerykańskich książkach) i nadmiernej ilości slangu. Książka opowiada o dziewczynie, która zostaje porwana przez królewską rodzinę wampirów. Tym śmieszniej, że dziewczyna jest wegetarianką i brzydzi się krwi. Romans jest, zakazany, niemoralny i z nutką zazdrości. Jest i zdrada i krwawe jatki. Przyzwoicie. W połowie książki autorka zaczęła wkraczać na jakieś dziwne fantastyczne między-wymiarowe tory, ale myślę że mimo to z wielką przyjemnością sięgnę po drugą część. I to raczej w oryginale, bo tłumaczka zrobiła z tej książki sieczkę, dosłownie.

7.      Filmowe objawienie

źródło: filmweb.com
Kto nie czekał na drugą część ekranizacja Igrzysk Śmierci ręka do góry! Ja czekałam i się nie zawiodłam! Igrzyska śmierci: W kręgu ognia to częściowo powtórka z rozrywki (bo ile można wykorzystywać konwencje igrzysk?), ale zrobiona tak, że mam ochotę na następną część i to najlepiej tutaj, zaraz. Co więcej, zachęcona chodzę dookoła książek jak moje koty dookoła miski w porze karmienia i słucham soundtracku dzień w dzień, wiedząc, że jak zacznę czytać, to mogę się nie oderwać. Chcę więcej fantastycznej buntowniczej heroiny i jej uroczego kochanka.

8.      Kulinarne objawienie
Świeży szpinak z bekonem, serem pleśniowym blue, jajkiem, cebulą i sosem musztardowo-miodowym. Palce lizać ;)

9.      Podróżowe odkrycie
Oprócz wyjazdu w rodzinne strony mojego narzeczonego, znowu nie mieliśmy okazji do podróży. Swoją drogą stwierdzam, że umieszczenie tego punktu w podsumowaniu było decyzją nie tyle ryzykowną co głupią i na pewno nie zobaczycie go w nowym, świeżym cyklu podsumowań na rok 2014.

10.  Listopadowe i grudniowe osiągnięcie

Następny egzamin cząstkowy z francuskiego na 89% ;)

Niespodzianka!

piątek, 10 stycznia 2014 | 19 komentarzy |
Dzięki pomocy bardzo zdolnego znajomego i mojego narzeczonego-programisty możecie oglądać life-in-dots.blogspot.com w nowym absolutnie świeżym wydaniu. Jak widzicie zrobiło się bardziej minimalistycznie i przejrzyście. Mam nadzieję, że zakładki ułatwią Wam korzystanie z bloga, a nowy layout uprzyjemni minuty (godziny?) spędzone na life-in-dots.

Nowy layout to nie wszystko, zapraszam Was również na fanpage pod TYM adresem. 
Ewentualnie możecie skorzystać z kropeczek w menu z prawej strony ;)

Miłego wieczoru i do rychłego poczytania!

Happy New Year!

środa, 1 stycznia 2014 | 4 komentarze |
Szczęśliwego Nowego Roku, aby 2014 był lepszy niż poprzedni, ale gorszy niż następne!