BBW - I o co tyle szumu?

poniedziałek, 29 lipca 2013 | 12 komentarzy |


Bath&Body Works podbiło serca Polek jak tylko pojawiło się w kraju pod koniec września zeszłego roku. Blogi zalała relacja z otwarcia w Złotych Tarasach i zachwyty nad produktami. Mimo wszechobecnego BBW-wariactwa, ja spokojnie przechodziłam koło cudownie pachnących sklepów. No, ale ignorantem być nie można dlatego przy okazji tegorocznych wyprzedaży zdecydowałam, że zaopatrzę się w jakieś mazidło w tym przybytku aromatycznych rozkoszy. Oczywiście trochę się zagapiłam i do sklepu poszłam, kiedy praktycznie wszystko zostało wykupione, niemniej udało mi się coś wygrzebać. A mianowicie dwa balsamy do ciała, ponieważ na półce w łazience pustki. Żeby nie było jeden z balsamów został wybrany i nabyty przez mojego M. w ramach „jak już tam będziesz, to weź co Ci się spodoba”. Drugi nabyłam tradycyjnie własnymi rękami (i nosem).


Zapachy, które trafiły do mnie to „be Enchanted” (kupiony przez M.) i „Pink Chiffon”. Oba bardzo słodkie, typowo kobiece, nawet romantyczne. Balsamy zamknięte są w plastikowych buteleczkach o pojemności 236 ml z ładną etykietą i nakrętką otwieraną „na klik”. Konsystencja gęstej śmietany dobrze się nakłada i rozprowadza oraz szybko wchłania. Producent twierdzi, że balsamy zawierają Witaminę E oraz masła shea i jojoba. Balsamy mają odcień rozbielonego różu, w przypadku „be Enchanted” to już praktycznie nie róż.

Jeżeli chodzi o pielęgnację, bo po to kupuje się balsamy do ciała, to pod tym względem produkty te absolutnie się nie wyróżniają spośród setek innych stojących na drogeryjnych półkach. Powiedziałabym nawet, że balsamy Nivea czy Dove są lepiej nawilżające, a dużo tańsze, więc nie do końca wiem gdzie to shea i jojoba. Możliwe, że w warstwie pozostającej na skórze. Bo warstwa pozostaje i mnie irytuje, czyli balsamów nie mogę stosować na dzień. Z resztą i tak nie stosuję, bo spodziewałam się, że zapach tak silnie perfumowanych produktów będzie się na skórze utrzymywał dłużej niż 15 minut po nałożeniu. Za to na noc jest w sam raz, bo zapach ulatnia się już po zaśnięciu :P


Za każdy ze swoich balsamów dałam 19 złotych i uważam, że to dużo jak za przeciętny kosmetyk o intensywnym zapachu i pojemności mniejszej niż standardowe mazidło do ciała. Regularna cena jest już absolutnie z kosmosu i na pewno nie wydam tyle na cudeńko z BBW. Nie rozumiem peanów pochwalnych i nie podzielam ich, ale rozumiem, że zapachy potrafią oczarować. Naprawdę starałam się docenić balsamy, ale po prostu nie mogę, bo nie spełniły moich oczekiwań, a cena jest całkowicie nie adekwatna do jakości. Ja raczej nie skuszę się więcej na produkty z Bath&Body Works, bo szkoda mi pieniędzy (ewentualnie kupię mgiełkę Japanese Cherry Blossom, ale tylko z promocji). 

Jaka jest Wasza opinia o tej marce? Love or hate?

Pozdrawiam,
Kasia

Essie Resort 2013: Under Where?

wtorek, 23 lipca 2013 | 9 komentarzy |


Dobrnęliśmy do końca resortowej sagi. Na deser odcień, którego najbardziej się bałam, a okazał się największym zaskoczeniem. Under Where? to przepiękny lila wrzos, który ma tyle ciepłych tonów, że moje dłonie nie wyglądają niezdrowo. Jest to pierwszy fiolet, który polubiłam i na pewno będzie mi od teraz często towarzyszył. Dodatkowo  jest to najlepszy lakier z całej kolekcji. Świetnie się nakłada, dobrze kryje i ma rewelacyjną trwałość. Chociaż pod względem letnio-kolorystycznym nie dorównuje In The Cab-Ana to razem stoją na resortowym piedestale. 




Pozostałe kolory z kolekcji Resort 2013.
 
First Timer klik

In The Cab-Ana klik

Come Here! klik

Który najbardziej przypadł Wam do gustu?

Pozdrawiam,
Marika

Essie Resort 2013: Come Here!

poniedziałek, 22 lipca 2013 | 7 komentarzy |


Najbardziej klasyczny kolor z kolekcji Resort 2013. Come Here! to przepiękna soczysta czerwień. Taki kolor jarzębiny, dlatego wydaje mi się, że częściej będzie gościł na moich paznokciach na jesieni niż teraz. Lakier świetnie kryje już po pierwszej warstwie, ale ja nałożyłam dwie, żeby uzyskać głębię koloru. Pokryty Good To Go wytrzymał na moich paznokciach 6 dni, co jest dużo lepszym wynikiem niż ten, jaki uzyskałam z odcieniami First Timer i In The Cab-Ana.





Jak podoba Wam się Come Here?

Pozdrawiam,
Marika

Lovely June, czyli podsumowanie czerwca

niedziela, 21 lipca 2013 | 8 komentarzy |

1.      Najlepiej wspominane
Z czerwca pamiętam w większości intensywną naukę i równie intensywny odpoczynek potem. Nic rewelacyjnego.

2.      Kosmetyczne zauroczenie


Prawie wszystko, co trafiło czerwcu do mojej kosmetyczki stało się ulubieńcami. Wielkim zaskoczeniem okazał się korektor Bell Multi Mineral. Za 9 złotych otrzymałam naprawdę fajny produkt, który ukrywa co trzeba, nie wysusza i nie zbiera się w załamaniach. Kredka do ust Bourjois Color Boost  w odcieniu 02 Fuschia Libre okazała się takim strzałem w dziesiątkę, że skutecznie zrzuciła z piedestału revlonową Just Bitten Kisseable. Wśród ulubieńców nie mogło też zabraknąć Essie. Wprawdzie obecność Good To Go, jest delikatnie wątpliwa ze względu na kilka wad, to trzy odcienie z kolekcji Resort 2013 koniecznie musiały się tutaj znaleźć. In The Cab-Ana, Come Here! i Under Where? to fantastyczne letnie odcienie. W tym miesiącu w ulubieńcach pojawia się też zapach z limitowanej kolekcji Yves Rocher Smoothie Limited Edition. Słodkie owoce leśne z kwaskową nutą są idealnym zapachem na lato. Do tego bardzo zadowalająca trwałość.

3.      Kosmetyczne rozczarowanie


Nie chciałam, ale muszę. Rozczarowaniem okazał się First Timer. Piękny kolor, ale tylko do pierwszego pociągnięcia po nim lakierem nawierzchniowym. Do tego zawiódł mnie pod względem trwałości. Dwa dni to maks.

4.      Kosmetyczne nabycie


Oprócz pokazywanych wyżej Essie Good To Go, Essie Resort 2013, Bourjois Color Boost, korektora Bell Multi Multi Mineral i perfum Yves Rocher Smoothie Limited Edition, wśród moich zbiorów pojawił się uroczy barbie-róż z serii Colorama Maybelline.
 
5.      Muzyczne uzależnienie
Muzycznie w czerwcu? Królowała u mnie Eska.pl klik

6.      Książkowe zaczytanie



W czerwcu tylko trzy książki uznałam za godne polecenia. Jodi Picoult, Bez mojej zgody porusza bardzo kontrowersyjne tematy. Czy rodzice powinni mieć możliwość o decydowaniu czy jedno z ich dzieci odda narządy drugiemu-umierającemu? Czy powinni mieć możliwość stworzenia bliźniaka genetycznego dla dziecka, które ma kilka procent szans na wyleczenie? Linwood Barclay, Bez śladu to historia kobiety, której rodzina zniknęła bez śladu, kiedy ta miała 14 lat. Po kilkunastu latach na skutek programu telewizyjnego pojawia się trop. Trzymający w napięciu thriller czyta się jednym tchem.  Alice Sebold, Szczęściara to pierwsza książka autorki "Nostalgii anioła", na dodatek autobiografia. Alice Sebold opisuje gwałt na pierwszym roku studiów i jego następstwa. Trudny proces, konflikt na tle rasowym i próba powrotu do normalności. 

7.      Filmowe objawienie


Bez mojej zgody reżyserstwa Nicka Cassavetes'a to film na podstawie książki Judi Picoult (pkt wyżej). O ile książka podbiła moje serce, to film absolutnie nie spełnił moich oczekiwań. Kto wymyślił, że w roli zdesperowanej matki najlepiej sprawdzi się Aniołek Charli'ego - Cameron Diaz? Punkt jedynie za bardzo realistyczne zakończenie, dużo lepsze niż w książce. Kac Vegas III nie przebiło pierwowzoru, ale jako lekki, rozluźniający film się sprawdził. Na Wyspę natknęłam się któregoś wieczoru w telewizji i nie minęło 5 minut, a już z zaangażowaniem śledziłam fabułę. Świetne sceny akcji i interesująca historia sprawiają, że chociaż to nie jest perełka gatunku, to film wart jest obejrzenia.

8.      Kulinarne objawienie
Kurczak i brokuły na cieście francuskim z czosnkiem i serem. Pychota!

9.      Podróżowe odkrycie
Nie tym razem :(

10.  Czerwcowe osiągnięcie
Zaliczony na 4 najtrudniejszy dla mnie egzamin w historii studiów :)

Ps. Wiem, że kończy się lipiec, ale chciałam zachować ciągłość w postach podsumowujących :)